"Sprawmy, aby dzieło
podjęte przez Filipa
nie zanikło wraz
z Jego odejściem"

Alicja Adwent

Instytut
im. Filipa Adwenta

InstytutStatutFilip AdwentZ pamiętnikaModlitwaKontakt Aktualności

Z pamiętnika dr. Filipa Adwenta

Fragmenty:

Dnia 08.08.87r:

Dziś otrzymałem takie kazanie w pracy, że mocniejszej porażki nie pamiętam. Przez godzinę "koledzy" z pracy obsypywali mnie zarzutami, które tak sami streścili: "Myślisz tylko o swojej rodzinie i o Polsce. Oddziału już nie cierpisz. Masz być przede wszystkim lekarzem." Jak ja to głęboko przeżywam, tak prędko nie wypowiem... Ale to prawda: Rodzina i Polska będą zawsze na czele. Zawożenie leków do Polski jest też moim lekarskim obowiązkiem. Zresztą cała Polska jest moją Rodziną. W szpitalu kto inny może mnie zastąpić. W domu przy Was nikt. Ślubowałem Mamusi Twojej, w kościele Św. Krzyża w Gorzowie, wierność, pomoc, wychowanie dzieci. A nie oddawanie ich, jak prawie wszyscy tutaj to robią, pierwszej spotkanej studentce do pilnowania. Ty, Mamusia, przyszłe dziecko, które się już za niedługo zapowiada, będziecie zawsze mieli pierwszeństwo. Tak mi dopomóż Bóg. Co nie znaczy, że lekceważę swój obowiązek lekarski!! Ale granice muszą być. Człowiek nie zrównoważony nie może być dobrym lekarzem.

Dnia 21.01.88r:

Chciałem od wielu dni Wam napisać, Marysia i Helenka, o słowiańskości, bo prędko ten problem się Wam przedstawi. I tutaj zacznę trochę mówić o sobie. W swoim testamencie mój dziadek Adwent pisał, że muszę nauczyć się po polsku. Jak on umarł w 1958 miałem 3 lata i więc już od dawna mówiłem i po francusku i po polsku. Potem sprawy chyba się pogorszyły, bo w szkole miałem tylko przyjaciół Francuzów i autentycznie moja znajomość polskiego słabła. W 1959 r. dostałem na Gwiazdkę elementarz od ciotki z Polski. Potem niewiele pamiętam. Słabo mówiłem, aż w 1971 r. po raz pierwszy pojechałem do Polski z Mamą i Babcią Stefanią. Miałem wtedy 16 lat. Zdałem sobie sprawę, że strasznie mówię, brak mi słów, popełniam błędy gramatyczne, akcent francuski mam... Z trzema dniami spędzonymi w Rzeszowie u Rodziny, kojarzą mi się odtąd ulice bez samochodów, ogrody warzywne trochę zaniedbane, małe grupki żołnierzy w rogatywkach polowych, przemili koledzy, prości bez manierów, zdrowych, ale dwie rzeczy przede wszystkim mnie uderzyły: budzenie się rano przy tętnieniu koni i kompoty z owoców. Mocno mi to wszystko się przypomniało jak oglądałem film Wajdy "Kronika wydarzeń miłosnych" wg powieści Tadeusza Konwickiego. Jak wróciłem do Francji zacząłem bez przerwy słuchać polskich płyt naśladując solistów dla ich wspaniałej wymowy. Wtedy szczególniej przeszedłem z francuskiego "r" do polskiego, co odebrałem jak wielkie zwycięstwo. Nie pamiętam natomiast dokładnie, czy to wtedy czy trochę wcześniej, nauczyłem się czytać i pisać. Posługiwałem się wtedy elementarzem i podobno (tak twierdzą Rodzice) sam się nauczyłem pisać i czytać. Krótko później, zabrałem się do mojej pierwszej książki: pamiętam, że to było "Pod murami Malborka". Potem zabrałem się za moją pierwszą solidną książkę "Ogniem i mieczem" H. Sienkiewicza. Trzy razy zaczynałem od początku i za trzecim razem dopiero, doszedłem poza stronę pięćdziesiątą... Wtedy się tak rozpędziłem, że nic innego już nie robiłem jak czytać. Czy miłość do imienia Helena nie powstała wtedy, kiedy śledziłem losy Heleny Kurcewiczównej? Potem wszystko poszło szybkim tempem, rozkręciło się i ruszyło do dziś. Do siedemnastu lat, poza Rodzicami, mój jedyny kontakt z polskością to były wakacje u Babci w Anglii. Jej lokatorami byli sami polscy żołnierze, a dwa domy dalej, mieszkała także polska rodzina ze Wschodu. Wracałem więc z Londynu mówiąc po polsku lepiej, niż jak tam jechałem. Od siedemnastu lat zacząłem jeździć co roku na kursy "Loreto", trwające 3 tygodnie latem, odbywały się na zmianę we Włoszech i w Hiszpanii. Spotykała się tam młodzież polskiego pochodzenia, głównie z Anglii, ale też z Francji i Belgii, niekiedy, ale rzadko, z Niemiec. Było nas zawsze około setki, od 17 do 23 lat, i to był dla mnie raj, raj na który czekałem potem przez cały następny rok. Były codzienne wykłady o religii, ale też o literaturze polskiej, o życiu społecznym, o rodzinie... Wycieczki częste odbywały się zawsze w pięknych okolicach, a wieczorami, co wieczór było ognisko, ze śpiewem i tańcami. Uczyłem się ile sił nowych pieśni ludowych, uczestniczyłem w każdym zespole tanecznym. Wchłaniałem po prostu tę polskość, której byłem przez cały rok pozbawiony. Gdyby nie te kursy "Loreto" byłbym już Francuzem. Ale zrozumiałem wtedy, poczułem, że nie jestem sam, jedyny, chłopak polskiego pochodzenia na obczyźnie, że istnieje cała kultura polska, cały spadek po Ojcach, że to nie było mi w pełnie dane do tej pory (jakże?!), i że to wszystko muszę teraz odkryć, nadrobić, i zachować, przekazać. Można w pewnym sensie powiedzieć, że polskość jest u mnie wyborem.

Dnia 14.02.88:

Ta polskość to jest wybór, ale też obowiązek. Obowiązek w stosunku do wszystkich naszych przodków, którzy o polskość i samo istnienie Polski, walczyli po całej ziemi. Gdybyśmy zrezygnowali, to całe ich wysiłki, krew, pot, ból, byłyby daremne. A to by była niesamowita krzywda. My, nasi przodkowie, nasi potomkowie, tworzymy cały łańcuch a wiadomo, że łańcuch ma siłę swojego najsłabszego ogniwa. Jeśli my będziemy tym słabym ogniwem, łańcuch się zerwie. Ogromna część naszej kultury przepadnie.

Dnia 21.02.88

Nie mamy powodu do kompleksów w stosunku do Polaków z Polski. Dla nich polskość jest oczywista, naturalna, codzienna. Nawet sobie z niej nie zdają sprawy. Wszędzie dokoła nich mówi się, pisze się po polsku. Radio, gazety, mowa w domu, na ulicy i w pracy, wszystko odbywa się po polsku. Nawet jeśli tego nie chcą, kąpią się w polskości. Dla nas tutaj z Polonii, polskość jest walką. Codzienną. Nieustanną. W otoczeniu obcym, francuskim, musimy znajdować czas i okoliczności, aby mówić, czytać, pisać po polsku. Aby uczyć się naszej historii, geografii, Kultury, Sztuki, musimy przede wszystkim polepszać naszą znajomość języka Macierzystego. Aby mówić tak dobrze jak Ci z Polski. Musimy się uczyć trudnych zasad gramatycznych, powiększać ciągle zasób słów, uczyć się dobrze wymawiać. Tak jak nasi bracia w Polsce. I to nie jest łatwe... Jak można ubolewać nad takimi częstymi zjawiskami, jak Polak z Polski przyjeżdża na Zachód, i po kilku (4-5) latach kaleczy już polską mowę i to z zadowoleniem!! Już takich spotkałem dumnych, że się tak prędko stali Niemcami lub Francuzami... Lepiej dla Polski, żeby tacy "jej synowie" wyjeżdżali, bo czego się po nich spodziewać, ale z drugiej strony, jaką oni krzywdę Polsce wyrządzają, bo przecież poprzez nich, Francuzi oceniają Polskę, a co ci ludzie mogą przedstawić szlachetnego, jak wynaradawiają się świadomie, czasami przez niedbalstwo... Zachowaliśmy tutaj pieśni ludowe. Na pewno znamy lepiej stroje i tańce regionalne. I to dobrze!! Przywiązanie do Ojczyzny często niezmiernie wzrasta u ludzi oddalonych od Niej. Podziwiam niektórych, którzy jeszcze nigdy w Polsce nie byli, a tak dobrze mówią, czytają, śpiewają, tańczą... Tak, oni zasługują na tytuł "Polak, Polka". Na obcej zupełnie ziemi, rosną jak polskie kwiaty, osamotnione czasem, ale żywe i pachnące, wspaniałe. Cześć tym dzieciom górników, robotników, żołnierzy, którzy przez całe pokolenia pieściły nasze obyczaje, nasz sposób życia, naszą kulturę i mowę. Przecież Oskar Kolberg, zebrał przeszło 20 000 polskich melodii ludowych (dwadzieścia tysięcy!...). To jest zdaje się, unikalny fakt na świecie. Czy o tych pieśniach można zapomnieć? One kształciły życie naszych Ojców i Matek, towarzyszyły im w rozwoju, od dzieciństwa do śmierci. Wesołe, poważne, smutne... Śpiew to życie! Moja Babcia z Lille ma teraz 84 lata. Nigdy w Polsce nie była jeszcze i nie pojedzie. Ale śpiewała całe życie i dziś jeszcze. Nagrałem trochę jej wspomnień na taśmie. Całe jej życie to "Echo Majowe" - chór górniczy, do którego należała. Prosta, ciepła, rozśpiewana osoba i przy tym jak pracowita. Dziękować Jej mogę tysiąc razy, bo przekazała mi duszę prostej, wesołej, zawsze rozśpiewanej Polki. Druga Babcia, Stefania, to już coś innego, inna strona polskości. Ona w Polsce żyła, ślicznie mówiła. Od Niej mam przywiązanie do Ziemi, do geografii, szczególnie Małopolski, do języka. Tak jak Babcia Gertruda lubiła pieśni, tak Babcia Stefania lubiła powiedzonka. Ostatnie lata życia spędziła zatopiona w książce Józefa Szczypki "Kalendarz Polski". Dwie Babcie, dwa aspekty Polski i polskości. Można Im tylko za to dziękować i dziękować. To uwiadomienie polskości jednak mnie doprowadziło dalej, a mianowicie do "słowiańskości". Nie wiem, czy takie słowo istnieje, ale jest chyba do zrozumienia.

Dnia 20.04.88r:

(...) Wieczór. Dzieci!! Jest to więcej niż prośba, to błaganie: nie zapomnijcie nigdy swojej polskiej mowy ojczystej, swoich polskich zwyczajów ! Jak urośniecie, to wszystko przeczytacie, usłyszycie. Dowiecie się wtedy, jak małe dzieci jak Wy, były mordowane na rękach matek, jak umierały z głodu, zimna, były wyrzucane z wagonów, setkami tysięcy były wywożone na obce ziemie, rozrzucone po sierocińcach, gniły w obozach... Te tragedie, to jest prawda. Trzeba ją znać. Nie wolno jej unikać, pod pretekstem, że jest za trudna do zniesienia. Dla nich była jeszcze trudniejsza... Dlatego musimy zostać Polakami. Powrócić na swoją ziemię. Chciano nas zniszczyć. Zetrzeć. Nasz obowiązek jest pamiętać o tych wszystkich, którzy tak strasznie odeszli. I wypełnić luki po nich. Bo pozostały ogromne. Musimy podnieść swój kraj, aby żył, po prostu żył. Wolny, spokojny, przyjazny dla wszystkich sąsiadów. Ale solidny. "Swój". Ze swoją specyfiką. Inteligencję niszczono nam podczas wojny. A teraz też jej tyle wyjeżdża z kraju, kiedy tak by jej potrzebował... Kiedy się skończy wędrówka Polaków po świecie?!

Dnia 31.05.88r:

Nasza religia chrześcijańska ma jedną ogromną zaletę, dar przebaczania. My przebaczamy drugim, a Bóg przebacza nam. On to ciągle czyni. Bez naszej wiedzy i świadomości. Często. Ale czy my zawsze potrafimy innym przebaczać? Odkrywam to coraz bardziej w pracy, gdzie jest tak często tyle konfliktów. Nie cierpię konfliktów. Nie cierpię tego coraz więcej. To mnie przygnębia, bo to sytuacja nienormalna, która nie ma prawa być. Ale powoli mnie uspakaja właśnie to, że zawsze można wyjść z wyciągniętą ręką do tej drugiej osoby. Nawet jeśli to ona najwyraźniej ten konflikt rozpoczęła. Nie jest to na pewno łatwe przebaczać. Ale do tego się dojrzewa. Jak się człowiek staje syty wszystkimi konfliktami, których może być świadkiem u siebie w pracy, w telewizji, rodzą się tylko dwie możliwości: albo zwariować z powodu gwałtu, przemocy, i oszalały zupełnie zacząć "działać" jak ci wszyscy inni, albo co nam nakazuje chrześcijaństwo i co jest jedyną naprawdę drogą do szczęścia wszystkich ludzi, nauczyć się słuchać, rozmawiać, wybaczać. Po francusku: la réconciliation. Po polsku będzie to chyba : pojednanie ? Przyznam się, że w tym przypadku, słowo francuskie "réconciliation" mi bardziej odpowiada, lepiej wyraża moją myśl.

Dnia 28.07.88r:

Szósta trzydzieści rano. Sąsiedni kogut pieje jak wściekły. Trochę ptaszków śpiewa, ale nie tyle, co zazwyczaj. A na polu rozciąga się mgła... Gęsta, szara, pierwsza tego roku letnia mgła, zaskakująco gęsta. I znów mi się Polska przypomina, równina poranną mgła zalana. Tylko brakuje do tego rżenia koni o dymiących nozdrzach, stłumiony tupot kopyt uderzających o wilgotną, ciężką ziemię, piosenka "Poleńko pole" z płyty "Zagrajcie nam wszystkie srebrne dzwony"...

Dnia 15.08.88r:

(...) Wkuwam tę akupunkturę ile mogę, za miesiąc egzamin... I coraz bardziej myślę o powrocie do Polski. Pomimo zanieczyszczenia, zatrucia środowiska, pomimo kryzysu gospodarczego. A może tym bardziej dlatego. To przecież nasz Kraj. Jest mu trudno. Kto wydźwignie go stąd, jeśli nie my sami, Polacy?

Dnia 03.10.88r.:

Dyżur. Na razie spokojny. I początek straszne ciekawego tygodnia. Za dwa dni przyjeżdża z Polski pielgrzymka z ojcem Józefem, Krzysztofem, Ewą, Joasią. Przyjeżdżają oni spotkać się z Papieżem Janem Pawłem II, który spędzi od soboty 4 dni w Strasbourgu i okolicach. Druga radość to zaszczyt być dla mnie najbliższą opieką medyczną dla Papieża. Nie wybrano mnie z jakiejkolwiek lepszej kompetencji od kolegów anestezjologów, ale po prostu dlatego, że mówię po polsku. Widzicie jak warto znać języki i szczególnie nie wstydzić się swojej polskości !... (Co też nie znaczy, że zawsze będę podkreślał, że się jest lepszym od innych, bo się jest Polakiem!!). Ale naprawdę bardzo się cieszę z tej unikalnej okazji być tak blisko takiej Osoby!

Dnia 19.11.88r.:

Dyżur dziś rano. Jestem w biurze i jakimś cudem łapię Warszawę. Muzyka spokojna. Akordeon plus orkiestra, melodia słowiańska. A teraz piosenka. Jakie to wspaniałe słyszeć coś z Warszawy, i normalny głos piosenkarki, a nie jakiś rozwydrzony zespół wariatów, gry lub chichotanie, jak w radio francuskim. Nie wspominając nawet o reklamach!

(...)

Ale dzwony biją .. Otworzyłem okno, by lepiej słyszeć. Co za wspaniałość... Idealnie, chciałbym mieszkać w pobliżu kościoła, by jak najczęściej słyszeć dzwony. One jeszcze oznaczają równowagę w tym świecie bez równowagi. One uspakajają. Wprowadzają do rozważania, do rozmyślania. One wyciszają. Tak, wyciszają nasze wiecznie zagonione myśli... Akurat wybija 20-ta godzina. Dwa dni temu otrzymaliśmy list od Mariusza, list jak zwykle pełen spokoju i szczęścia osoby, która nie pomyliła swej drogi wybierając kapłaństwo: "... moje powołanie sprawia mi ogromną i nieustającą radość, niczego mi więcej nie potrzeba, czasami tylko się boję, czy jestem godny, czy dorastam do kapłaństwa i jego wielkości" ... Skromność, którą tylko można chwalić...

Dnia 11.03.89r:

Przed chwilą usypiałem 19 letnią dziewczynę w drugim miesiącu ciąży, która wczoraj dostała kulę z karabinu w oko, na ulicy. A trzymała w ręku siedmiomiesięczne dziecko... Ile jest takich wariatów na świecie, i czemu się w dodatku ludziom sprzedaje broń?... Co wieczór w telewizji dwa, trzy filmy o mordach, gwałtach, rozbijających się samochodach. Nic o miłości (prawdziwej), szczęściu, przyrodzie. Z czego mogą ludzie marzyć?... Cywilizacja zachodnia ma jedną dużą zaletę: szacunek dla człowieka, dla jednostki. Ale ta zaleta przekształca się w anarchię, gdzie każdy człowiek jest wręcz niszczony na ulicy i w domu (poprzez telewizję). Ludzie nie mają już schroniska. Agresywność środowiska nie daje im spokoju. Jedyne miejsce jeszcze do przyjęcia to pustkowie � klasztory � lasy, tam gdzie nie ma ani ludzi, ani ich szumu ni śladu, tam jest miejsce gdzie się można spotkać z sobą i z Bogiem. Przyszłość dla ludzi zrównoważonych lub pragnących nimi być, widzę tylko na wsi. A kraje niby zacofane, które jeszcze mają duże połacie ziemi "niezurbanizowane", te kraje są szczęśliwe (ale nie są jeszcze tego świadome). Najmądrzejsza inwestycja dziś to kupować ziemię i o nią dbać, jak o swój dom. I nauczać wszystkich dookoła, jak ją szanować należy. Szczęśliwi Rosjanie, że ich kraj taki duży...

Ostatnio co wieczór przed spaniem czytam "O naśladowaniu Chrystusa". Parę stron za każdym razem. Raz jeszcze nie mam słów, aby to określić. Po prostu chciałbym być trochę podobny do tego idealnego mnicha... Gromadzę dużo książek duchowych, religijnych. Większości nie przeczytałem, ubolewam, ale czasu nie mam teraz więcej. Natomiast mam nadzieję, że Wy dzieci kochane, skorzystacie z tego wszystkiego wcześniej i mądrzej niż ja. Po to ja je kupuję; dla Was. Teraz jesteście malutkimi dziećmi. Kiedyś będziecie osobami odpowiedzialnymi za siebie i za drugich, i wtedy mam nadzieję, że będziecie już miały solidne podstawy, aby Wasz wkład w ten świat włożyć. Bo nawet jeśli często podkreślam, ile jest tutaj zła, to przecież wiem, że jest i to dobro, i te ptaszki jakie teraz słyszę, i słońce, i zapachy przyrody, i dobrzy ludzie, wspaniałe uczucie, wspaniała solidarność, wspaniałe samopoczucie kiedy czuje się, że się postępuje zgodnie z Wolą Boską. A to ostatnie, Dzieci, poczujecie specjalnym smakiem na Naszej polskiej Ziemi...

Dnia 9.04.89r:

(...) Minęły Święta Wielkanocne i znów poczucie pustki mnie ogarnia. Nie, żadne święta tu nie są podobne do Świąt w Polsce. Duchowość jest zupełnie inna i nie da się to odtworzyć. Ale jak wrócimy kiedyś do Polski, to chyba będzie nasz największy prezent. (...)

Dnia 23.04.89r:

(...) W księgarni polskiej (w Paryżu), kupiłem też kilka interesujących pozycji: "Kwiaty Zalipia" (Zalipie to wieś pod Krakowem). Coś pięknego, z początku zdjęcia o polach, wierzbach, kwiatach, zbożach... banalne, lecz piękne dla serca Polaka. Potem wieś, ogrody, wnętrza. Zdjęcia cmentarza mi się strasznie podoba z drewnianymi krzyżami, zanurzonymi w zieleni. I seria zdjęć jest przerywana wierszykami. Najbardziej lubię: "Matczyne ręce". Coś cudownego... Właśnie mówiąc o matkach, muszę jednak zejść znów do tematu o wiele tragiczniejszego, ale o wadze ogromnej, nie do pominięcia. Z całej niedawnej historii Polski, najbardziej dla mnie wzruszający jest temat wywózek na Wschód. (Co wcale nie pomniejsza reszty okropności doznawanych przez Polaków z innych rąk!...) Ale "Wschód" jest moją słabością, bo rodzina stamtąd się też wywodzi. Co mnie tak fascynuje w tym, to postawa Matek. Tych Matek, którym mężów poodbierano wpierw, wywieziono, bez wiadomości, w nieznane, skąd większość nie miała powrócić. Tych Matek, których potem wywieziono też z niemowlętami, zimą, w warunkach nieludzkich, do pracy, gorzej niż zwierzęta... Mam na myśli trzy takie książki: "Kazachstan" Marii Januszkiewicz; "Po wyzwoleniu" Wiktorii Kraśniewskiej; "Ucieczka z zesłania" Marii Byrskiej, którą kupiłem też teraz w Paryżu. Nie mam słów dla tych Matek. Ich dzielności. Zaradności, ale takiej godnej. Tu nie ma "robienia w konia". Tu jest wciąż godna walka, godny trud. Cierpliwość i szlachetność. Solidnie zakorzeniona polskość. I wiara. Wiara ludzi, którzy napewno znają mnóstwo i mnóstwo modlitw, pieśni i nie tylko dwóch pierwszych zwrotek. Chciałbym mimo, że jestem mężczyzną, być trochę do nich podobny. I ile tych malutkich wtedy dzieci, jeszcze żyje tam, daleko tam, bardzo daleko, wspominających te Matki, które im mówiły, opowiadały, o tej odległej, świętej krainie, ziemi, skąd wyrwano ich... o Polsce... Na okładce książki "Ucieczka z zesłania" jest zdjęcie wywózki spod Tarnopola. Widać dwie dziewczynki, opatulone, zimą, przy wiadrze, i mamą schyloną. Dzieci jak Wy, Marysia i Helenka... Jeśli Bóg da, Wy dziewczynki, będziecie kiedyś mamusiami. Zobaczycie jak będziecie to odczuwały, takie czytanie...

To jest powód, Święty powód, dla którego naszym obowiązkiem jest żyć dla tej Ziemi. Na tej Ziemi. Z której tyle, tyle ludzi dobrych, niewinnych wyrwano bezlitośnie. Ich już nie ma. Ale My będziemy. I pamięć o Nich będzie nas wspierała, ale nigdy, nigdy do nienawiści !

Dnia 17.08.89r:

11 Stycznia 1982 r., miesiąc po wybuchu stanu wojennego w Polsce, pojechałem pierwszy raz z transportem medycznym i żywnościowym. Pierwszym etapem była Kuria Biskupia we Wrocławiu. Było nas kilku, wszyscy ze Strasbourga, m.in. pan Schlaefli, wice dyrektor szkoły St Etienne. Siostry nas serdecznie przyjęły. Jedna z nich była zresztą tak śliczna, że nazwaliśmy ją zaraz "wiewióreczka" (miała piękne brązowe oczy). Wieczorem z kolegą, poszliśmy do kapliczki się pomodlić po takich wrażeniach. Miałem ochotę odmówić różaniec, a przy sobie nie miałem. Poprosiłem Siostrę, aby mi pożyczyła; za chwilę mi przyniosła jeden i kazała zachować. Kojarzy mi się on teraz z tą całą wyprawą do Polski stanu wojennego. Mgła, śnieg, zamiecie po drodze. Milicja uzbrojona w karabiny maszynowe, zatrzymująca nas za przekroczenie szybkości przed Wrocławiem. Ciemność, śnieg, ogniska palone przez żołnierzy w zimowych czapkach, przenikliwy mróz, żółte kwadraciki zapalonych okien bloków, to były moje pierwsze wrażenia. Potem, we Wrocławiu, z okna u Sióstr, daleki hałas tramwajów. To może dla mnie najbardziej typowy dźwięk polskich miast. Tramwaje... I to wszystko przy bladych światłach rzadkich lamp i przy tym zapachu powietrza co tylko na Wschodzie się spotyka, zapach spalin, węgla i drzewa. Znak zanieczyszczenia, ale dla mnie zapach Polski... Wszystko to mi się kojarzy z tym różańcem. Drewniany, jasny, beżowy. Krzyżyk kanciasty. Polska zimowa, wojenna noc. (...)

Dnia 08.03.90r:

(...) Weszliśmy w okres Wielkiego Postu. Ciekawe, że dopiero teraz ja, 35-letni prawie mężczyzna zaczynam rozumieć co to znaczy i w ogóle się tym bliżej interesować. Ile czasu straconego! Dociera to do mnie szczególnie drogą pieśni wielkopostnych. Melodie były mi znane od dzieciństwa, ale tyle. Słowa teraz odbieram bardzo mocno. Na przykład "Krzyżu mój Krzyżu" (nie mam tekstu przed oczyma, ta pieśń nie znajduje się w moim śpiewniku Siedleckiego, ale w nowym wydaniu, co jest w kościele. Muszę zrobić fotokopię.) Słowa są przepiękne. Żadne nie jest zbędne. Żadne. A melodia, smutna, poważna. W moim sercu to przebija nawet kolędy, a Bóg wie jakie one są też ładne. Albo "Ludu, mój ludu". Ta melodia dla mnie symbolizuje cały Wielki Post. Zwłaszcza harmonizacja z mojego zbioru nut (który jeszcze nawiasem mówiąc, muszę dać oprawić). Jest też "Jezu Chryste, bądź że pochwalony" Mam obowiązek i powoli zaczynam to robić, uczyć się na pamięć jak najwięcej pieśni, modlitw. Szczególnie te stare, od dziada pradziada. Co za więź z Nimi wszystkimi! Co za hołd dla Nich! I dla Boga! Uderzyło mnie kiedyś jak czytałem o jakimś pastorze wywiezionym na Sybir, jak podczas robót w polu modlił się, śpiewał. Cytował całe urywki tekstów świętych, znał pieśni i modlitwy do każdej okazji. I to było jego bogactwo: nie potrzebował książki. Znał. I to jest miara bogactwa człowieka i to co on ma... z gołymi rękoma. To co wie, nikt mu się skonfiskuje. Chciałbym być takim człowiekiem... Nie wiem, czy czasu mi na tyle starczy, ale spróbuję Wam Dzieci kochane to przekazać. Wieczorami śpiewamy już razem "Wszystkie nasze dzienne sprawy" i myślę, że będziemy szybko mogli coraz więcej razem śpiewać. A jeśli się nauczycie grać na pianinie i organach, to odkryjecie w pełnie piękno naszych pieśni. Zmiany zachodzące w naszej Ojczyźnie pozwolą nam w bliższym czasie (za dwa, trzy lata) wrócić tam. Rozumiecie to słowo: "WRÓCIĆ"??! Tak mi się chce wiedzieć, że jesteście Polkami na polskiej Ziemi. Czy będziecie się nazywały: Gorzowianki, Krakowianki, Warszawianki, Rzeszowianki, Jarosławianki, to nie wiem, wiem tylko, że te nazwy będą najwspanialsze dla mojego ucha. Pragnę, abyście wyrośli dzieci, na dobrych prostych ludzi. Zawsze uśmiechniętych. Pragnę, aby potem każdy mógł wiedzieć i liczyć na to, że u Marysi Adwent, Heleny Adwent, Aleksego Adwent, znajdzie uśmiech, zrozumienie, pomoc, ciepłe słowo, serce otwarte. Nie wiem, do czego świat dąży. Może być bardzo nieciekawy. Ale Wy bądźcie zawsze oazą, portem. Zostańcie ludźmi nie tylko otumanieni matematyką i komputerami, zapamiętajcie taki piękny obraz, ale pełen prawdy: że nawet sucha gałąź jak ją iskierka spotka, może zmienić się we wspaniały płomień, który rozjaśni i rozgrzeje wszystko dookoła. (...)

Dnia 27.03.90r:

(...) Dostałem wczoraj z Paryża z księgarni rosyjskiej dwa egzemplarze książki "Opowieści pątnika rosyjskiego". Jest to nowe wydanie, uzupełnione; jedną wyślę Ludmile w Grodnie, drugą zachowam. Ta książka to ma być dzieło mego życia � tłumacza. Muszę ją przetłumaczyć na polski język. Dla Mariusza Waszego wujka księdza. Dla Mamusi. Dla Was dzieci kochane, abyście mogły się kiedyś z Tatą łączyć, nawet kiedy go już od dawna nie będzie. Dla całego naszego Narodu, aby poznał bliżej braci naszych ze Wschodu, Rosjan i wszystkich prawosławnych, w ich ogromnym bogactwie duchowym. Nie jestem tłumaczem zawodowym, doświadczonym. Pragnę zachować jak największą bliskość tekstu, nawet jeśli to brzmi "staro". Właśnie dlatego. Pragnę oddać atmosferę starości więc wieczności. Sam się czuję starodawnym człowiekiem z epoki koni i dróg piaszczystych. I czy to naprawdę może dziwić, jak człowiek dzisiejszy obraca się w nieustającym ruchu, szumie, pośpiechu, w gonitwie i szybkości?... Kiedy myśleć ? Kiedy odpocząć? I nie tylko kiedy ale jak? Na to znów ta sama, odwieczna odpowiedź: cisza i modlitwa... (...)

Dnia 23.04.90r:

(...) W Wielką Sobotę poszliśmy święcić koszyczki wielkanocne. Myślę, że niedługo tę tradycję poznacie na naszej ziemi, w Polsce...

Dnia 04.06.90r:

Od wczoraj mam dyżur. Zastąpiła mnie koleżanka przez kilka godzin, abym się udał na mszę celebrowaną przez kardynała Henryka Gulbinowicza, metropolitę wrocławskiego. Poznaliśmy go rok temu w Rzymie, a on mi wtedy powiedział, że mnie pamięta z Loreto, jak tańczyłem solo taniec węgierski! Niezły fizjonomista, bo widział mnie tylko w króciutkim tańcu jak miałem 20 lat, a po prawie piętnastu mnie poznał... Polubiłem go, ma śliczny akcent wschodni (pochodzi z Wilna) i szalenie ciekawie, i z humorem umie opowiadać! Bardzo prosty jest w stosunku do ludzi. Ciepły, bezpośredni. Miałem po mszy wczoraj wracać szybciutko na dyżur, jak wreszcie zszedł do salki, gdzie wszyscy na niego czekali. Czekaliśmy pod schodami z Mamą, Mariolą (w stroju) i z Wami. Myślałem, że mnie może nie pozna, a on: "co Ty tu robisz??"... Kilka sekund dosłownie rozmowy, aby Was Dzieci przedstawić (on jeszcze o tańcu wspomniał...) i już musiałem odjechać. Podałem mu rękę na pożegnanie a on policzek nadstawił!... I tak może 30 sekund spotkania mi dało radości na kilka dni. Żal mi tylko, że nie mam zdjęcia jego; chciałbym sobie od czasu do czasu spojrzeć na jego wesołą i dobrą twarz.

Trzy dni temu, pierwszego, miało też miejsce inne wydarzenie: była zabawa węgierska z małym zespołem muzycznym z Budapesztu i choreografem. Zebrali się wszyscy dawni i teraźniejsi węgierscy tancerze Strasbourga. Radośnie spotkaliśmy się na nowo (czasem po 15 latach!!...) i potańczyliśmy. Mama tylko siedziała, nie chciała spróbować, ale z wielką ciekawością odkryła to, co towarzyszyło mi przez pięć lat w zespole "Tiszawirag" i czego nigdy nie zapomnę. (...)

Dnia 06.10.90r:

(...) Pamiętajcie, że człowiek ma mało, za mało czasu, żeby być dobrym dla drugiego. Trzeba się spieszyć pogłębiać się, bo kto wie, kiedy nam przyjdzie zamknąć oczy na zawsze?... Szukajcie. Dusza musi być niespokojna, bo każda dusza świadoma wie, że jest niedoskonała i chce się polepszyć. Wchodzimy w takie czasy, gdzie człowiek biegnie za wiedzą, na prawo, na lewo, z przodu, z tyłu... A kto siebie zna !?... Kto siebie pogłębia, swoje człowieczeństwo? Kto jeszcze chce czynić wybory, a nie "mieć wszystko"? ... Kto jeszcze widzi, że są rzeczy ważne i mniej ważne? Że ponieważ nie ma na wszystko czasu trzeba się skupić nad ważniejszymi? Kto jeszcze rozumie, że bez Boga (ale Tego w czynach, nie w słowach) świat dąży do nieszczęścia ? My świeccy mamy tu ogromną rolę do odegrania...

Praca moja nie jest łatwa, szczególnie na i po dyżurach, ale postanowiłem (po raz który zresztą, ale tak chyba zawsze bywa), brać każdą chwilę, nawet strasznego zmęczenia, jako łaskę. Jestem zmęczony? Dobrze. Ale warto, bo komuś pomogłem. I wiem lepiej jak przyjemniej jest, jak się jest wypoczętym. Czekam na coś w kolejce? Trudno. Przynajmniej jestem zmuszony wypocząć trochę. Mogę się wreszcie pomodlić. Mogę się spokojnie popatrzeć na ludzi, na świat. Na pogodę. Czy świeci słońce, czy pada deszcz. Mogę skupić się nad zapachami. Mogę się komuś uśmiechnąć, dać trochę ciepła z duszy. Każda chwila, nawet bólu, jest warta i wzbogaca.

Dnia 14.10.90r:

(...) Moje życie mi się wydaje zanadto skomplikowane. Zanadto wypełnione niepotrzebnymi rzeczami. Marzę być skromniutko ubranym (co nie wyklucza czystości) z zawsze mniej więcej tymi samymi ubraniami od 15-20 lat (co zresztą jest często zgodne z rzeczywistością). Żadne rzeczy widoczne, żadne głupie napisy. Chciałbym żyć w domu, w środku przyrody, z książkami i kilkoma podstawowymi meblami: łóżko, stół, krzesła a na ścianach ikony. Właściwie mnisia cela by mi całkowicie odpowiadała. Mógłbym tam wieczorami czytać, pisać, modlić się. I stać się trochę lepszym dla rodziny i dla drugich ...

Dnia 31.01.91r:

(...) Kim będziecie moje małe niewiniątka?... Nie gardźcie nikim... nie szczędźcie nigdy wyrazów czułości, ciepłych słów (tylko żeby były szczere, oczywiście!...). Od dosyć niedawna zrozumiałem, że jest jedna zaleta bardzo piękna i bardzo, bardzo rzadka na tym świecie. Chciałbym abyście ją posiadały: nie mówić złego o nikim, nie obgadywać, wyśmieszać, poniżać kogokolwiek. Pamiętajcie!! To jest moja gorąca prośba. A sam wiem, że taki nie jestem... Będę musiał teraz mocno nad sobą pracować, bo skąd mogę czegoś od Was żądać, czego ja sam nie robię?... I pamiętajcie to też: zawsze szukajcie. Życie się składa z pewności i z wątpliwości. Pewności dotyczą sfery Boskiej: wiem, że Bóg jest. Wiem, że jest Miłością. Wiem, że dla nas cierpiał i umarł. Wiem, że jest moim osobistym Zbawicielem. Wiem, że nasze zadanie przez Niego dane to dążenie do świętości. A wątpliwości natomiast dotyczą sfery ludzkiej: czy dosyć kocham? Czy dosyć pomagam? Czy mam serce czułe, ciepłe a nie zimne, kamienne? Czy potrafię wybaczać? Czy potrafię prosić o wybaczenie? Jak te dwa ostatnie pytania są ważne, to kiedyś zrozumiecie !... Ale wszystkie są ważne. I pokora ma Wami prowadzić, bo tylko ona Wam da siłę zmienić się na lepsze. Czytajcie Saint Exupery�ego: Małego księcia, Ziemię ludzi... Tam znajdziecie tyle, tyle dobra ludzkiego, szlachetnego.

Dnia 23.08.91r:

Kochane Dzieci! Jest piąta rano. Komary mnie obudziły i od godziny nie mogę spać. Kogut pieje u sąsiadów. Deszcze cienko pada i w oddali słychać grzmot. A ja płaczę... Płaczę, bo nie wiem czy do Polski, ukochanej Polski jeszcze wrócimy inaczej jak w trumnie. Narysowaliśmy już z mamusią dom, jaki by nam się podobał. Chcielibyśmy go wybudować na naszej działce w Gorzowie, na Siedlicach. Ale koszta są straszne. Może mamy tylko jedną trzecią sumy. Jak zrobić?!... Brać więcej dyżurów? To znaczy być jeszcze mniej wyspanym, jeszcze mniej Was widzieć?... Przecież tak siebie potrzebujemy nawzajem!!! Jest mi tak smutno, tak gorzko, że poszedłem przed chwilą się do Was przytulić, w Waszym śnie. Tak dobrze mi się zrobiło... Jesteście słodziutkie, nie wiem, kochane... Ledwie poczujecie obecność Tatusia, przytulicie się, zarzucicie rękę na szyję... Dziękuję Wam, kochane Dzieci, za tę Wasza miłość, taką spontaniczną, taką naturalną...

Dnia 22.09.91r:

Wpół do dwunastej. Przez cały ten miesiąc notowałem na karteczce wszystkie rzeczy do napisania Wam w zeszycie. Zrobię to innego dnia chyba, dziś czasu nie starczy. Zajmuje mnie ostatnio bardzo problem sprzedaży ziemi polskiej obcokrajowcom. To mi spokoju nie daje. Napisałem na ten temat cały artykuł pt. "Ciąg dalszy niestety następuje "... Nie wiem jak to jest, że zawsze kiedy mam egzamin do przygotowania występuje jakiś ważny problem, co mi w tym przeszkadza. Dwa lata temu, przed egzaminem z akupunktury, przeszkodziła mi sprawa klasztoru w Oświęcimiu. Tego roku, kiedy mam zdawać egzamin wstępny na alergologię, jest sprawa sprzedaży ziemi polskiej...

Od kilku dni wróciłyście dziewczynki do szkoły. Powrót radosny dla obu. Ale rośniecie! Doskonale mówicie po francusku, ale boli mnie to, że niechętnie mówicie po polsku, zwłaszcza Marysia. Nawet mi po francusku odpowiada na pytania po polsku! Myślę, że to prędko minie...